Stanąłem rano przy ulu i zobaczyłem dywan martwych pszczół przed wylotkiem. Nie kilkanaście, nie sto — tysiące. Sąsiad spryskał poprzedniego dnia poletko rzepaku „bo szkodnik". Pamiętam, jak liczyłem szkody i jak rozmawiałem z nim później — nie wiedział, że nie wolno pryskać kwitnącej uprawy w ciągu dnia. Miał przy tym ważne zaświadczenie o szkoleniu chemizacyjnym.
Trzy lata później, w maju 2026 r., pod Łaszczowem na Lubelszczyźnie zginęło między 150 a 250 rodzin pszczelich na pasie liczącym około pięciu kilometrów. Masowe zatrucia pszczół to nie są pojedyncze wypadki — to coroczna, niemal sezonowa patologia polskiego rolnictwa. I co najgorsze, padłe ule to tylko ta część rachunku, którą widać.
📌 Z mojej pasieki — po zatruciu sąsiada nie zgłaszałem sprawy. Komisja, próbki, czekanie pół roku na wynik. Dziś bym zgłosił. Jeden prawomocny wyrok zmienia całą okolicę: rolnicy zaczynają pytać kiedy można pryskać, zamiast pryskać kiedy się da.
Pszczoły zaczęły padać w sobotę 17 maja 2026 r. — pasieki na pograniczu gmin Łaszczów i Tyszowce w powiecie tomaszowskim. Krzysztof Hawrylak, prezes łaszczowskiego koła Roztoczańskiego Związku Pszczelarzy, wstępnie szacuje 150-250 utraconych rodzin. Pan Henryk, miejscowy pszczelarz, stracił 16 rodzin — wszystkie do utylizacji.
Najmocniej w cytatach lokalnych pszczelarzy wybrzmiewa skala: martwe owady leżały na drogach i polach na odcinku około pięciu kilometrów. To bardzo nietypowe. Zwykle przy źle wykonanym oprysku ginie pasieka w promieniu 500 metrów do kilometra — bo tyle wynosi lot lotnych robotnic. Pięć kilometrów oznacza, że pryskano na dużych połaciach, prawdopodobnie wielu pól naraz, a środki utrzymywały toksyczność w sokach roślin jeszcze przez kilka dni. Próbki pobrały Państwowa Inspekcja Weterynaryjna i Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa; wyniki za około dwa tygodnie. Sprawę opisał Tygodnik Zamojski.
Burmistrz Łaszczowa Mariusz Zając, sam pszczelarz, nie chce szacować strat finansowych — mówi tylko, że „liczyć trzeba w setkach tysięcy złotych". Co bolesne dla pasieczników: większość pszczelarzy ustawiła ule sezonowo, dowiezione specjalnie pod kwitnący rzepak. Zysk z pożytku miał spłacić zimę. Zamiast tego pszczelarz wozi pszczoły do utylizacji.
Łatwo potraktować Łaszczów jako wyjątek. Nie jest. Listę można ciągnąć:
Wspólny mianownik: kwitnący rzepak i nieprzestrzeganie etykiety środka. Zwykle pryskanie w dzień, w trakcie lotu pszczół, mimo że etykieta wymaga zabiegu wieczorem albo wczesnym rankiem. Czasem dorzucony jest fungicyd zmieszany z insektycydem — kombinacja, której pszczoła w terenie nie ma jak rozpoznać. Mechanizm prawny i ramy odległościowe rozpisałem osobno w tekście o opryskach na rzepaku z perspektywy prawa; tutaj zajmijmy się skalą i tym, co właśnie się zmieniło.
Wbrew temu, co czasem słychać, rolnik dziś nie kupi środka ochrony roślin ot tak. Od 6 marca 2026 r. każdy nabywca preparatu z grupy profesjonalnej musi okazać ważne zaświadczenie o szkoleniu chemizacyjnym — szczegóły rozkłada Tygodnik Rolniczy. Szkolenie podstawowe to dwa dni (14 godzin), uzupełniające — jeden dzień (7 godzin), ważność pięć lat, cena 140-520 zł. Brak zaświadczenia = brak zakupu.
W teorii to powinno załatwić sprawę. W programie szkolenia jest osobny rozdział o ochronie pszczół: kiedy wolno pryskać, jaka odległość od pasieki przy sprzęcie naziemnym (20 m), obowiązek konsultacji z lokalnym pszczelarzem przy uprawach kwitnących. W praktyce — i to słyszę co roku — wiedza ze szkolenia szybko zderza się z presją: „szkodnik teraz, kombajn za tydzień, kiedy mam pryskać". Wieczór po godzinie 18-19 odpada, bo trzeba wstać o piątej. Wczesny ranek odpada, bo rosa. Pryska się w południe i liczy, że tym razem ujdzie.
Drugi problem: szkolenie chemizacyjne dotyczy nabywcy. Praktycznie pryska kto inny — pracownik, syn, sąsiad zaproszony do pomocy. Łańcuch wiedzy się rwie.
To jest część, której prawie nie ma w medialnych nagłówkach. Czytasz „padło 250 rodzin pszczelich" i widzisz pszczelarzy z głowami w dłoniach. To jest prawda, ale to jest tylko ułamek strat. W rzeczywistości na tym samym pasie pól zginęło prawdopodobnie wszystko co lata i siada na kwiatach: trzmiele, murarki, smukliki, miesierki, makatki — cały lokalny ekosystem zapylaczy.
Skala dla orientacji: w Polsce żyje ponad 470 gatunków pszczół, z czego pszczoła miodna to jeden. Reszta to dzikie zapylacze. Według czerwonej listy IUCN dla Europy co najmniej 172 z 1928 ocenianych gatunków dzikich pszczół jest zagrożonych wyginięciem — szczegóły opisuje „Rzeczpospolita". W Polsce mniej więcej połowa naszych gatunków jest rzadka albo zagrożona.
Co je różni od miodnej w kontekście zatrucia? Trzy rzeczy. Po pierwsze — większość dzikich pszczół to gatunki samotne, jedna samica = jedna kolonia, więc każde otrucie samicy oznacza brak młodego pokolenia. Po drugie — nie mają pszczelarza, który zauważy szkodę i ją zgłosi. Smutek pasiecznika nad utylizowanym ulem ma kogo wzruszyć; smukliki znikają w ciszy. Po trzecie — wiele dzikich gatunków lata bliżej ziemi, czasem w samej runi pola, więc dostają większą dawkę pestycydu na sierść i tracheę niż pszczoła miodna, która zbiera z kwiatów wysoko nad zaprawą.
Łaszczów to nie 250 rodzin. To 250 rodzin plus nieprzeliczona liczba dzikich kolonii samotnic, młodych trzmieli i sezonowych pszczół, których nikt nigdy nie policzy, bo ich ciał nawet się nie zauważa wśród grud ziemi.
Krótka procedura, bez ozdobników. Każdą stratę da się zgłosić — i warto, bo pojedyncze zgłoszenie wzmacnia statystykę, na której opiera się polityka.
Cała ścieżka — z paragrafami ustawy z 2013 r. o środkach ochrony roślin — siedzi w tekście o opryskach na rzepaku. Jeden szczegół, którego się nie wybacza: zgłoszenie ma sens w ciągu pierwszych 24-48 godzin. Później pestycyd rozkłada się w pszczołach i wynik laboratoryjny robi się niejednoznaczny.
Wstępne szacunki komisji to 150 do 250 rodzin pszczelich na pograniczu gmin Łaszczów i Tyszowce w powiecie tomaszowskim. W przeliczeniu na owady to kilkadziesiąt milionów pszczół. Strefa zatrucia ciągnęła się na odcinku około pięciu kilometrów, co jest bardzo nietypowe i sugeruje opryski na wielu polach naraz. Sprawę bada Państwowa Inspekcja Weterynaryjna i PIORiN — wyniki próbek miały być znane około 5 czerwca.
Tak — masowe zatrucia powtarzają się co sezon, najczęściej w okresie kwitnienia rzepaku (kwiecień-maj) i w czasie zabiegów na uprawach okopowych (lipiec). Według szacunków ekspertów około jedna trzecia z ponad 2 mln rodzin pszczelich w Polsce ma kontakt z pestycydami w stężeniach subletalnych. Pełnoskalowe zatrucia z śmiercią rodzin notowane są kilkadziesiąt razy rocznie — to tylko te zgłoszone.
Tylko częściowo. Od 6 marca 2026 r. środków ochrony roślin nie kupisz bez ważnego zaświadczenia — w teorii każdy nabywca zna zasady kontaktu pestycydu z zapylaczami. W praktyce problemem nie jest niewiedza, a presja agrotechniczna: oprysk wykonuje się w południe „bo szkodnik teraz", choć etykieta każe wieczorem. Wiedza ze szkolenia rozmija się z polem.
Nie. Na tym samym pasie pól zginęły wszystkie owady zbierające z kwiatów: trzmiele, murarki, smukliki i inne gatunki dzikich pszczół (w Polsce żyje ich ponad 470), motyle, bzygowate, parazytoidy. Dzikie zapylacze giną w ciszy, bo nie mają pszczelarza, który by je policzył i zgłosił. Ich strata jest ekologicznie poważniejsza niż utrata pasieki: pszczołę miodną da się odbudować, populacji dzikich smuklików — niekoniecznie.
Odpowiedzialność jest dwutorowa: cywilna (odszkodowanie dla pszczelarza) i karna (art. 181 kk — niszczenie świata roślinnego lub zwierzęcego w znacznych rozmiarach, do 5 lat więzienia). Najgłośniejszy precedens to wyrok w sprawie zatrucia spod Gryfowa Śląskiego — w grudniu 2025 r. Sąd Okręgowy we Wrocławiu prawomocnie zasądził od rolnika 560 tys. zł odszkodowania i rok więzienia w zawieszeniu za śmierć 7,5 mln pszczół. To bardzo ważne orzeczenie dla całego środowiska pszczelarskiego.
Klasyka to insektycydy z grupy pyretroidów (przy złym terminie zabiegu na rzepaku) i neonikotynoidy — choć wiele z nich jest formalnie wycofanych z użycia odkrytego w UE. W sprawie Gryfów Śląski środkiem był dimetoat (fosforoorganiczny). Niebezpieczne są też mieszanki insektycydu z fungicydem azolowym — pojedynczo każdy jest „pszczelarsko bezpieczny", razem stają się letalne. Nazw handlowych nie wymieniam — ważne są substancje czynne i etykieta.
250 rodzin pszczelich w jeden weekend na pograniczu dwóch gmin. Pięciokilometrowy pas martwych owadów. Rzepak, fasola, sąsiednie pasieki, dzikie murarki w pobliskich miedzach — wszystko padło razem. Tygodnik Zamojski opisał kawałek, którego nie da się przeoczyć; reszta zginęła w ciszy.
Co z tym zrobić jako pszczelarz? Zgłaszać każde podejrzenie zatrucia natychmiast, dokumentować, korzystać z prawnej ścieżki — wyrok Gryfów Śląski pokazał, że odszkodowanie jest realne. Plus rozmowa z lokalnym kołem pszczelarskim i z sąsiadem-rolnikiem zanim coś się stanie: kiedy rusza kwitnienie, kiedy planowany jest oprysk, co dokładnie i czym. Te trzy telefony są warte więcej niż pięć lat dyskusji o szkoleniach. Praktykę tej rozmowy pokazuję na kursie stacjonarnym w Wąchocku — bo robienie pasieki w realiach polskiej wsi to nie tylko ramki i miodarka.
Sezon dopiero ruszył. Fasola, gryka, lipy — najbliższe tygodnie będą gęste od oprysków. Trzymajcie ule blisko, a oczy szeroko otwarte.