⚠️ Prawo i formalności

Masowe zatrucia pszczół 2026 — Łaszczów to nie wyjątek

📅 🔄 Zaktualizowano: 📖 9 min czytania ✍️ 📚 Blog
Tysiące martwych pszczół przy wylotku ula po zatruciu opryskami
Masowe zatrucia pszczół 2026

Stanąłem rano przy ulu i zobaczyłem dywan martwych pszczół przed wylotkiem. Nie kilkanaście, nie sto — tysiące. Sąsiad spryskał poprzedniego dnia poletko rzepaku „bo szkodnik". Pamiętam, jak liczyłem szkody i jak rozmawiałem z nim później — nie wiedział, że nie wolno pryskać kwitnącej uprawy w ciągu dnia. Miał przy tym ważne zaświadczenie o szkoleniu chemizacyjnym.

Trzy lata później, w maju 2026 r., pod Łaszczowem na Lubelszczyźnie zginęło między 150 a 250 rodzin pszczelich na pasie liczącym około pięciu kilometrów. Masowe zatrucia pszczół to nie są pojedyncze wypadki — to coroczna, niemal sezonowa patologia polskiego rolnictwa. I co najgorsze, padłe ule to tylko ta część rachunku, którą widać.

📌 Z mojej pasieki — po zatruciu sąsiada nie zgłaszałem sprawy. Komisja, próbki, czekanie pół roku na wynik. Dziś bym zgłosił. Jeden prawomocny wyrok zmienia całą okolicę: rolnicy zaczynają pytać kiedy można pryskać, zamiast pryskać kiedy się da.

Co się stało pod Łaszczowem

Pszczoły zaczęły padać w sobotę 17 maja 2026 r. — pasieki na pograniczu gmin Łaszczów i Tyszowce w powiecie tomaszowskim. Krzysztof Hawrylak, prezes łaszczowskiego koła Roztoczańskiego Związku Pszczelarzy, wstępnie szacuje 150-250 utraconych rodzin. Pan Henryk, miejscowy pszczelarz, stracił 16 rodzin — wszystkie do utylizacji.

Najmocniej w cytatach lokalnych pszczelarzy wybrzmiewa skala: martwe owady leżały na drogach i polach na odcinku około pięciu kilometrów. To bardzo nietypowe. Zwykle przy źle wykonanym oprysku ginie pasieka w promieniu 500 metrów do kilometra — bo tyle wynosi lot lotnych robotnic. Pięć kilometrów oznacza, że pryskano na dużych połaciach, prawdopodobnie wielu pól naraz, a środki utrzymywały toksyczność w sokach roślin jeszcze przez kilka dni. Próbki pobrały Państwowa Inspekcja Weterynaryjna i Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa; wyniki za około dwa tygodnie. Sprawę opisał Tygodnik Zamojski.

Burmistrz Łaszczowa Mariusz Zając, sam pszczelarz, nie chce szacować strat finansowych — mówi tylko, że „liczyć trzeba w setkach tysięcy złotych". Co bolesne dla pasieczników: większość pszczelarzy ustawiła ule sezonowo, dowiezione specjalnie pod kwitnący rzepak. Zysk z pożytku miał spłacić zimę. Zamiast tego pszczelarz wozi pszczoły do utylizacji.

To nie jest jednorazowy wypadek

Łatwo potraktować Łaszczów jako wyjątek. Nie jest. Listę można ciągnąć:

  • Gryfów Śląski — pszczelarze stracili niemal dwa miliony pszczół po opryskach rzepaku. Sprawa skończyła się prawomocnym wyrokiem w grudniu 2025 r. Sąd okręgowy we Wrocławiu utrzymał karę roku więzienia w zawieszeniu i 560 tys. zł odszkodowania za zatrucie 7,5 mln pszczół środkiem zawierającym dimetoat.
  • Kowalewo pod Pleszewem — tysiące martwych pszczół po oprysku rzepaku w trakcie dnia, gdy owady jeszcze zbierały nektar (Agroprofil).
  • Wągrowiec, Wielkopolska — 85 uli zatrutych w okolicy Czekanowa, Łęgowa i Wiatrowa, straty oszacowane na ponad 60 tys. zł. Sprawa skierowana do sądu (Agropolska).

Wspólny mianownik: kwitnący rzepak i nieprzestrzeganie etykiety środka. Zwykle pryskanie w dzień, w trakcie lotu pszczół, mimo że etykieta wymaga zabiegu wieczorem albo wczesnym rankiem. Czasem dorzucony jest fungicyd zmieszany z insektycydem — kombinacja, której pszczoła w terenie nie ma jak rozpoznać. Mechanizm prawny i ramy odległościowe rozpisałem osobno w tekście o opryskach na rzepaku z perspektywy prawa; tutaj zajmijmy się skalą i tym, co właśnie się zmieniło.

Co się zmieniło od 6 marca 2026

Wbrew temu, co czasem słychać, rolnik dziś nie kupi środka ochrony roślin ot tak. Od 6 marca 2026 r. każdy nabywca preparatu z grupy profesjonalnej musi okazać ważne zaświadczenie o szkoleniu chemizacyjnym — szczegóły rozkłada Tygodnik Rolniczy. Szkolenie podstawowe to dwa dni (14 godzin), uzupełniające — jeden dzień (7 godzin), ważność pięć lat, cena 140-520 zł. Brak zaświadczenia = brak zakupu.

W teorii to powinno załatwić sprawę. W programie szkolenia jest osobny rozdział o ochronie pszczół: kiedy wolno pryskać, jaka odległość od pasieki przy sprzęcie naziemnym (20 m), obowiązek konsultacji z lokalnym pszczelarzem przy uprawach kwitnących. W praktyce — i to słyszę co roku — wiedza ze szkolenia szybko zderza się z presją: „szkodnik teraz, kombajn za tydzień, kiedy mam pryskać". Wieczór po godzinie 18-19 odpada, bo trzeba wstać o piątej. Wczesny ranek odpada, bo rosa. Pryska się w południe i liczy, że tym razem ujdzie.

Drugi problem: szkolenie chemizacyjne dotyczy nabywcy. Praktycznie pryska kto inny — pracownik, syn, sąsiad zaproszony do pomocy. Łańcuch wiedzy się rwie.

Padły nie tylko pszczoły miodne

To jest część, której prawie nie ma w medialnych nagłówkach. Czytasz „padło 250 rodzin pszczelich" i widzisz pszczelarzy z głowami w dłoniach. To jest prawda, ale to jest tylko ułamek strat. W rzeczywistości na tym samym pasie pól zginęło prawdopodobnie wszystko co lata i siada na kwiatach: trzmiele, murarki, smukliki, miesierki, makatki — cały lokalny ekosystem zapylaczy.

Skala dla orientacji: w Polsce żyje ponad 470 gatunków pszczół, z czego pszczoła miodna to jeden. Reszta to dzikie zapylacze. Według czerwonej listy IUCN dla Europy co najmniej 172 z 1928 ocenianych gatunków dzikich pszczół jest zagrożonych wyginięciem — szczegóły opisuje „Rzeczpospolita". W Polsce mniej więcej połowa naszych gatunków jest rzadka albo zagrożona.

Co je różni od miodnej w kontekście zatrucia? Trzy rzeczy. Po pierwsze — większość dzikich pszczół to gatunki samotne, jedna samica = jedna kolonia, więc każde otrucie samicy oznacza brak młodego pokolenia. Po drugie — nie mają pszczelarza, który zauważy szkodę i ją zgłosi. Smutek pasiecznika nad utylizowanym ulem ma kogo wzruszyć; smukliki znikają w ciszy. Po trzecie — wiele dzikich gatunków lata bliżej ziemi, czasem w samej runi pola, więc dostają większą dawkę pestycydu na sierść i tracheę niż pszczoła miodna, która zbiera z kwiatów wysoko nad zaprawą.

Łaszczów to nie 250 rodzin. To 250 rodzin plus nieprzeliczona liczba dzikich kolonii samotnic, młodych trzmieli i sezonowych pszczół, których nikt nigdy nie policzy, bo ich ciał nawet się nie zauważa wśród grud ziemi.

Co robić, gdy pasieka pada

Krótka procedura, bez ozdobników. Każdą stratę da się zgłosić — i warto, bo pojedyncze zgłoszenie wzmacnia statystykę, na której opiera się polityka.

  1. Zrób zdjęcia — wylotki, podloty, ramki, plamy martwych pszczół wokół ula. Z datą i godziną.
  2. Nie wyrzucaj martwych pszczół. Zabezpiecz minimum 500 g w czystej, suchej torbie foliowej (worek strunowy). Trzymaj w lodówce do czasu odbioru próbek.
  3. Zadzwoń do Powiatowego Lekarza Weterynarii — to on w pierwszej kolejności pobiera próbki. Drugi telefon — wojewódzki inspektorat PIORiN. Trzeci — wójt lub burmistrz (mają obowiązek powołać komisję szacunkową).
  4. Zgłoś również koło pszczelarskie. Komisja składa się z weterynarza, przedstawiciela PIORiN i pszczelarza — z reguły z lokalnej organizacji.
  5. Spisz świadków. Kto widział oprysk, kiedy, jakim sprzętem. To są dowody, których po dwóch tygodniach już nie zbierzesz.

Cała ścieżka — z paragrafami ustawy z 2013 r. o środkach ochrony roślin — siedzi w tekście o opryskach na rzepaku. Jeden szczegół, którego się nie wybacza: zgłoszenie ma sens w ciągu pierwszych 24-48 godzin. Później pestycyd rozkłada się w pszczołach i wynik laboratoryjny robi się niejednoznaczny.

FAQ

Ile pszczół padło pod Łaszczowem w maju 2026?

Wstępne szacunki komisji to 150 do 250 rodzin pszczelich na pograniczu gmin Łaszczów i Tyszowce w powiecie tomaszowskim. W przeliczeniu na owady to kilkadziesiąt milionów pszczół. Strefa zatrucia ciągnęła się na odcinku około pięciu kilometrów, co jest bardzo nietypowe i sugeruje opryski na wielu polach naraz. Sprawę bada Państwowa Inspekcja Weterynaryjna i PIORiN — wyniki próbek miały być znane około 5 czerwca.

Czy zatrucie pszczół to częste zjawisko w Polsce?

Tak — masowe zatrucia powtarzają się co sezon, najczęściej w okresie kwitnienia rzepaku (kwiecień-maj) i w czasie zabiegów na uprawach okopowych (lipiec). Według szacunków ekspertów około jedna trzecia z ponad 2 mln rodzin pszczelich w Polsce ma kontakt z pestycydami w stężeniach subletalnych. Pełnoskalowe zatrucia z śmiercią rodzin notowane są kilkadziesiąt razy rocznie — to tylko te zgłoszone.

Czy szkolenie chemizacyjne rozwiązuje problem?

Tylko częściowo. Od 6 marca 2026 r. środków ochrony roślin nie kupisz bez ważnego zaświadczenia — w teorii każdy nabywca zna zasady kontaktu pestycydu z zapylaczami. W praktyce problemem nie jest niewiedza, a presja agrotechniczna: oprysk wykonuje się w południe „bo szkodnik teraz", choć etykieta każe wieczorem. Wiedza ze szkolenia rozmija się z polem.

Czy padły tylko pszczoły miodne?

Nie. Na tym samym pasie pól zginęły wszystkie owady zbierające z kwiatów: trzmiele, murarki, smukliki i inne gatunki dzikich pszczół (w Polsce żyje ich ponad 470), motyle, bzygowate, parazytoidy. Dzikie zapylacze giną w ciszy, bo nie mają pszczelarza, który by je policzył i zgłosił. Ich strata jest ekologicznie poważniejsza niż utrata pasieki: pszczołę miodną da się odbudować, populacji dzikich smuklików — niekoniecznie.

Co grozi rolnikowi za zatrucie pszczół?

Odpowiedzialność jest dwutorowa: cywilna (odszkodowanie dla pszczelarza) i karna (art. 181 kk — niszczenie świata roślinnego lub zwierzęcego w znacznych rozmiarach, do 5 lat więzienia). Najgłośniejszy precedens to wyrok w sprawie zatrucia spod Gryfowa Śląskiego — w grudniu 2025 r. Sąd Okręgowy we Wrocławiu prawomocnie zasądził od rolnika 560 tys. zł odszkodowania i rok więzienia w zawieszeniu za śmierć 7,5 mln pszczół. To bardzo ważne orzeczenie dla całego środowiska pszczelarskiego.

Jakie środki najczęściej zabijają pszczoły?

Klasyka to insektycydy z grupy pyretroidów (przy złym terminie zabiegu na rzepaku) i neonikotynoidy — choć wiele z nich jest formalnie wycofanych z użycia odkrytego w UE. W sprawie Gryfów Śląski środkiem był dimetoat (fosforoorganiczny). Niebezpieczne są też mieszanki insektycydu z fungicydem azolowym — pojedynczo każdy jest „pszczelarsko bezpieczny", razem stają się letalne. Nazw handlowych nie wymieniam — ważne są substancje czynne i etykieta.

Podsumowanie

250 rodzin pszczelich w jeden weekend na pograniczu dwóch gmin. Pięciokilometrowy pas martwych owadów. Rzepak, fasola, sąsiednie pasieki, dzikie murarki w pobliskich miedzach — wszystko padło razem. Tygodnik Zamojski opisał kawałek, którego nie da się przeoczyć; reszta zginęła w ciszy.

Co z tym zrobić jako pszczelarz? Zgłaszać każde podejrzenie zatrucia natychmiast, dokumentować, korzystać z prawnej ścieżki — wyrok Gryfów Śląski pokazał, że odszkodowanie jest realne. Plus rozmowa z lokalnym kołem pszczelarskim i z sąsiadem-rolnikiem zanim coś się stanie: kiedy rusza kwitnienie, kiedy planowany jest oprysk, co dokładnie i czym. Te trzy telefony są warte więcej niż pięć lat dyskusji o szkoleniach. Praktykę tej rozmowy pokazuję na kursie stacjonarnym w Wąchocku — bo robienie pasieki w realiach polskiej wsi to nie tylko ramki i miodarka.

Sezon dopiero ruszył. Fasola, gryka, lipy — najbliższe tygodnie będą gęste od oprysków. Trzymajcie ule blisko, a oczy szeroko otwarte.