Co trzeci słoik miodu sprawdzony przez inspektorów był źle oznakowany. To nie nagłówek z taniej sensacji — to wynik kontroli, którą Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych opublikowała 19 lutego 2026. Łącznie nieprawidłowości stwierdzono w 40,8% skontrolowanych podmiotów.
Przejrzałem cały komunikat, bo sam sprzedaję miód i takie liczby dotyczą mnie wprost. Część zarzutów to formalne potknięcia — brakująca data, zapomniany kod partii. Część jest znacznie poważniejsza: miód z dekstrynami skrobiowymi, odmiany, których nie potwierdziło laboratorium, smak opisany przez inspektorów jednym słowem — „landrynkowy". Poniżej rozkładam tę kontrolę na części: co badano, co wyszło i co z tego wynika dla pszczelarza.
📌 Dlaczego to ważne — kontrola objęła zarówno polskich producentów, jak i miody importowane z półek sklepowych. Jej wyniki to najświeższy obraz tego, co naprawdę kryje się w słoikach na rynku.
Kontrola objęła 98 podmiotów wprowadzających miód na rynek — 47 sklepów i 51 producentów. Przebiegała w dwóch etapach: najpierw w handlu detalicznym, potem na etapie produkcji. Pod lupę trafiły miody odmianowe, miody wielokwiatowe oraz mieszanki różnego pochodzenia, w tym produkty importowane.
Inspektorzy nie patrzyli tylko na etykiety. Każdą partię badano na kilku poziomach naraz — zgodność oznakowania z przepisami, skład pyłkowy pod mikroskopem, parametry fizykochemiczne oraz cechy organoleptyczne, czyli smak, zapach i konsystencję. Taki zestaw badań wyłapuje i błąd urzędniczy na naklejce, i celowe oszustwo ukryte w słoiku.
Najwięcej zastrzeżeń zebrało znakowanie. Błędy w oznakowaniu inspektorzy znaleźli w mniej więcej co trzeciej badanej partii. Powtarzały się trzy schematy.
Ostatnia grupa jest najciekawsza, bo wielu pszczelarzy wpada w nią w dobrej wierze. Miód faktycznie ma swoje właściwości — ale prawo żywnościowe nie pozwala obiecywać na etykiecie, że produkt „leczy" albo „wzmacnia odporność". Dla miodu nie dopuszczono żadnego oświadczenia zdrowotnego. Jeśli dopiero układasz sobie, jak legalnie sprzedawać miód, to jeden z pierwszych progów, o który łatwo się potknąć.
Tu kontrola sięgnęła głębiej niż etykieta. Badanie mikroskopowe pyłku wykazało nieprawidłowości w co piątej skontrolowanej partii. Najczęstszy zarzut: deklarowana odmiana nie znajdowała potwierdzenia — w miodzie brakowało przewagi pyłku rośliny wskazanej w nazwie.
Dotyczyło to przede wszystkim miodów sprzedawanych jako lipowe i akacjowe, a także pojedynczych partii chabrowego, fasolowego i nostrzykowego. Mówiąc wprost — ktoś kupił „miód lipowy", a dostał miód, który lipowy po prostu nie był.
Dwa przypadki wyszły poza zwykłą pomyłkę odmianową. W jednym miód deklarowany jako polski zawierał pyłki roślin spoza naszej strefy klimatycznej — trudno o jaśniejszy dowód, że pochodzenie podano nieprawdziwie. W drugim wykryto dekstryny skrobiowe, czyli ślad po dosładzaniu syropem. To już nie błąd na etykiecie. To fałszowanie miodu.
Parametry fizykochemiczne — poziom HMF oraz liczba diastazowa — odbiegały od normy w około 4% partii. Oba wskaźniki reagują na temperaturę. HMF rośnie, a aktywność enzymów spada, gdy miód jest przegrzewany albo źle przechowywany. Klasyczny scenariusz: ktoś podgrzał skrystalizowany miód za mocno, żeby przywrócić mu płynność.
Podobny odsetek, około 4%, nie przeszedł oceny organoleptycznej. Inspektorzy opisali smak części produktów jako „landrynkowy" — sztuczny, obcy prawdziwemu miodowi. Wykryli też oznaki fermentacji, potwierdzone później w obrazie mikroskopowym. Fermentujący miód to zwykle miód odebrany zbyt wcześnie, niedojrzały, o zbyt wysokiej wilgotności — dlatego termin miodobrania ma znaczenie nie tylko dla ilości, ale i dla legalności produktu.
IJHARS nie kończy kontroli na protokole. Wobec podmiotów, u których stwierdzono nieprawidłowości, inspekcja zastosowała sankcje przewidziane prawem. W zależności od wagi naruszenia są to kary pieniężne, nakaz wycofania źle oznakowanej partii z obrotu albo obowiązek poprawienia etykiet.
Najpoważniej traktowane jest oznakowanie wprowadzające w błąd oraz fałszowanie. Tu nie chodzi już o pomyłkę — chodzi o wprowadzanie kupującego w błąd co do tego, co naprawdę trzyma w ręku. Dla uczciwego pszczelarza to akurat dobra wiadomość: kontrola oddziela rzetelnych od tych, którzy kombinują.
Większość zarzutów z komunikatu da się wyeliminować, zanim słoik trafi na półkę. Z perspektywy pasieki wnioski są trzy.
Pierwszy — etykieta musi być kompletna. Pełna nazwa, ilość netto, data minimalnej trwałości, warunki przechowywania, Twoje dane z adresem, kraj pochodzenia i numer partii. Siedem pozycji; brak którejkolwiek to gotowy zarzut. Sprzedajesz w ramach sprzedaży bezpośredniej miód z własnej pasieki — kraj pochodzenia jest banalny, wpisujesz „Polska".
Drugi — nazwa zgodna z zawartością. Nie pisz „lipowy", jeśli nie masz pewności, że lipa dała przewagę w zbiorze. Wątpisz — napisz „wielokwiatowy". Miód wielokwiatowy z dużym udziałem rzepaku to wciąż miód wielokwiatowy, nie żaden „wielokwiatowy rzepakowy".
Trzeci — jakość w słoiku. Nie przegrzewaj miodu, odbieraj go dojrzałego, pilnuj wilgotności. Żaden opis na etykiecie nie naprawi miodu, który fermentuje albo stracił enzymy. A uczciwa wycena miodu broni się sama tylko wtedy, gdy produkt naprawdę jest tym, co głosi naklejka.
Formalności wokół sprzedaży miodu potrafią przytłoczyć na starcie. Na kursie pszczelarskim online przechodzę je po kolei, na realnych przykładach z własnej pasieki.
Kontrola IJHARS to fotografia rynku sprzed sporej zmiany przepisów. Od 14 czerwca 2026 zaczyna obowiązywać unijna dyrektywa 2024/1438 — bywa nazywana „dyrektywą śniadaniową", bo obejmuje też dżemy i soki.
Dla miodu najważniejsza nowość dotyczy mieszanek. Przy miodzie z kilku krajów trzeba będzie podać kraje pochodzenia w kolejności malejącej, razem z procentowym udziałem każdego z nich. Koniec z formułą „mieszanka miodów z UE i spoza UE", która konsumentowi nie mówiła praktycznie nic. Dla pszczelarza sprzedającego miód z jednej, własnej pasieki zmiana jest bez znaczenia — kraj pochodzenia to nadal po prostu Polska. Pełne unijne zasady opisuje streszczenie przepisów w serwisie EUR-Lex.
Pełny komunikat z wynikami kontroli IJHARS udostępnił na swojej stronie, a najważniejsze liczby podsumował też w krótkim materiale wideo:
Co z tej kontroli wynika dla nas — kupujących i sprzedających? Że etykieta na słoiku nie jest ozdobą, a miód odmianowy to deklaracja, którą da się sprawdzić pod mikroskopem. Ponad jedna trzecia produktów na rynku tej deklaracji nie dotrzymała. Uczciwy pszczelarz nie ma się czego bać. Reszta dostała właśnie czytelny sygnał.
Kontrola miodu IJHARS opublikowana 19 lutego 2026 wykazała nieprawidłowości w 40,8% skontrolowanych podmiotów. Najwięcej zarzutów dotyczyło znakowania — błędy znaleziono w co trzeciej badanej partii. Analiza pyłkowa podważyła co piątą partię, a w pojedynczych przypadkach wykryto fałszowanie miodu syropem oraz nieprawdziwe pochodzenie.
IJHARS skontrolował 98 podmiotów wprowadzających miód na rynek — 47 sklepów oraz 51 producentów. Kontrola przebiegała w dwóch etapach: w handlu detalicznym i na etapie produkcji. Badano miody odmianowe, wielokwiatowe oraz mieszanki różnego pochodzenia, w tym produkty importowane.
Błędy w znakowaniu polegały głównie na braku obowiązkowych informacji — kraju pochodzenia, daty minimalnej trwałości lub kodu partii. Inspektorzy zakwestionowali też niedozwolone nazwy, jak „miód wielokwiatowy rzepakowy", oraz oznakowanie wprowadzające w błąd: określenia „naturalny" i „eko" bez certyfikatu i nieprawdziwe twierdzenia zdrowotne.
Miód wielokwiatowy z definicji powstaje z wielu roślin i nie ma w nim jednej dominującej odmiany. Dopisanie „rzepakowy" sugeruje odmianę, której taki miód mieć nie może. IJHARS uznał tę nazwę za niedozwoloną. Miód jest albo wielokwiatowy, albo odmianowy — nie obie rzeczy naraz.
IJHARS bada miód mikroskopowo i fizykochemicznie. Analiza pyłkowa pokazuje, czy w miodzie przeważa pyłek rośliny z nazwy oraz czy pyłki pasują do deklarowanego kraju. W kontroli 2026 wykryto między innymi dekstryny skrobiowe — ślad po dosładzaniu syropem — oraz pyłki roślin spoza polskiej strefy klimatycznej w miodzie deklarowanym jako polski.
„Landrynkowy" to określenie, którym inspektorzy IJHARS opisali smak części zakwestionowanych miodów — sztuczny, cukierkowy, obcy prawdziwemu miodowi. Taki smak wskazuje na produkt zafałszowany. Obok niego ocena organoleptyczna wykryła także oznaki fermentacji, typowe dla miodu odebranego zbyt wcześnie i niedojrzałego.
Wobec podmiotów, u których stwierdzono nieprawidłowości, IJHARS zastosował sankcje przewidziane prawem. W zależności od wagi naruszenia są to kary pieniężne, nakaz wycofania źle oznakowanej partii z obrotu lub obowiązek poprawienia etykiet. Najpoważniej traktowane jest oznakowanie wprowadzające w błąd oraz fałszowanie miodu.
Od 14 czerwca 2026 obowiązuje unijna dyrektywa 2024/1438. Przy mieszankach miodów z różnych krajów trzeba podać kraje pochodzenia w kolejności malejącej wraz z procentowym udziałem każdego z nich. Dla pszczelarza sprzedającego miód z jednej, własnej pasieki zmiana nie ma znaczenia — krajem pochodzenia pozostaje Polska.