Przygotowanie pasieki do zimy zaczyna się w sierpniu, zaraz po ostatnim miodobraniu — nie przy pierwszym przymrozku. Do początku września rodzina powinna mieć za sobą letni zabieg przeciw warrozie, ułożone gniazdo i komplet zapasów; później zostaje już tylko uzupełnianie braków. Październik i listopad to już praca wokół ula: wylotki, myszy, plastry w pracowni. Na koniec, w listopadzie albo grudniu, zabieg zimowy w rodzinach bez czerwiu.
Pszczelarzę od 2016 roku, pod Wąchockiem w świętokrzyskim. Zaczynałem od trzech uli, a przy takiej pasiece jedna źle zazimowana rodzina to jedna trzecia stanu. Dlatego pilnuję kolejności — każdy z tych kroków da się zrobić za późno, a żadnego nie da się nadrobić w styczniu.
💡 Trzy rzeczy, których nie odpuszczam — warroza zwalczona, zanim wygryzie się pokolenie zimowe, 10–12 kg cukru na rodzinę podane do początku września i gniazdo dopasowane do siły rodziny. Jak te prace wpisują się w cały sezon, widać w moim kalendarzu pszczelarskim.
Jan Ślósarz w zaleceniach Małopolskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Karniowicach ujmuje to wprost: zimować będą pszczoły rodzące się w drugiej połowie lata. Mają dożyć wiosny i wykarmić pierwszy czerw. Jeśli wychowają się w porażonych komórkach, żaden syrop ich nie uratuje.
W opracowaniu „Zimowanie rodzin pszczelich z wykorzystaniem odkładów” (Zachodniopomorski Ośrodek Doradztwa Rolniczego, 2023) Antoni Furtak przytacza dane Chorbińskiego: z czerwiu porażonego przez Varroa destructor do wiosny dożywa tylko około 10% pszczół, a osyp zimowy w takich rodzinach często przekracza połowę robotnic. Dlatego leczę po ostatnim miodobraniu, a porażenie sprawdzam wcześniej jedną z metod z tekstu o monitorowaniu warrozy.
Ta sama broszura zaleca metodę zintegrowaną: wycinanie czerwiu trutowego w sezonie i leczenie farmakologiczne po ostatnim zbiorze. Używam produktów weterynaryjnych dopuszczonych do obrotu, według ulotki. Zalecenia z Karniowic dodają rzecz, o której łatwo zapomnieć — zabieg powinien odbyć się w tym samym czasie w całej okolicy, inaczej roztocza wrócą z rabunkiem od sąsiada.
Siłę rodziny oceniam po liczbie ramek, które pszczoły obsiadają. Sama liczba plastrów nic nie mówi bez typu ramki, zdrowotności, wieku matki i tego, czy jest czerw. Zanim zdecyduję o łączeniu, szukam przyczyny osłabienia — osierocenie i warroza kończą się inaczej niż chwilowy brak pożytku. Małopolski ODR radzi łączyć słabsze rodziny przy układaniu gniazd: mniej cukru i większa szansa na wiosnę. Wolę jedną porządną rodzinę niż dwie wątpliwe.
W doświadczeniu Furtaka (zima 2015/2016, ule wielkopolskie, Pomorze Środkowe) najlepiej zimowały rodziny powstałe z połączenia starszych rodzin, po osieroceniu, z odkładami z młodymi matkami. Łączono je po zakarmieniu, między 20 września a 2 października.
Jedno zastrzeżenie. Aleksandra Łangowska z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, analizując prawie trzy dekady danych, notowała większe jesienne porażenie warrozą w rodzinach łączonych późnym latem. Stąd kolejność: najpierw leczenie, potem łączenie rodzin.
Gniazdo układam raz, w drugiej połowie sierpnia, i potem już do niego nie wchodzę. Reguła jest prosta: tyle plastrów, ile pszczoły obsiadają chłodnym rankiem, a nie tyle, ile obsiadają w upalne popołudnie. W ulu Dadanta i w warszawskim poszerzonym wychodzi z tego 6–7 ramek, po bokach maty.
Na oko wygląda to na krzywdę, bo w sierpniu część pszczół nie mieści się w zawężonym gnieździe. Przez wrzesień populacja i tak mocno się przerzedza — karmienie i przerabianie syropu zużywają pszczoły letnie. Gniazdo dopasowuję do rodziny, która wejdzie w zimę, a nie do tej, która stoi w ulu w sierpniu.
Cały wybór sprowadza się do tego, jak kłąb będzie się poruszał. W jednym korpusie z dziesięcioma ramkami wędruje na boki, w dwóch korpusach po 5–6 ramek — do góry, czyli tak jak w barci. Ruch w pionie jest dla rodziny łatwiejszy, bo kłąb idzie za ciepłem, które samo ucieka w górę.
Ma to jednak warunek, o którym łatwo zapomnieć: plastry górnego korpusu muszą być odbudowane do dolnej beleczki, żeby między kondygnacjami nie było szerokiej przerwy. Jeśli zostanie, kłąb w mróz jej nie przejdzie i rodzina zginie z głodu, mając zapasy nad głową. Sprawdzam to plaster po plastrze, bo to jedyny błąd z tej listy, którego zimą nie da się już naprawić.
Stąd moja decyzja: silna rodzina i plastry odbudowane do beleczki — dwa korpusy. Rodzina słabsza albo plastry górnego korpusu nieodbudowane u dołu — jeden korpus i pusty półkorpus na ocieplenie. Do gniazda idą plastry jasnobrązowe, przeczerwione, plus 2–3 ramki z pierzgą, które wiosną zdecydują o tempie rozwoju.
Normy Konopackiej (1972) z Puław, cytowane w broszurze zachodniopomorskiego ODR, liczą zapas według liczby obsiadanych ramek i typu ula. Fragment tabeli:
| Obsiadane ramki | Dadant (kg) | Warszawski poszerzony (kg) | Wielkopolski (kg) |
|---|---|---|---|
| 5 | 9,8 | 9,5 | 9,0 |
| 7 | 13,0 | 12,6 | 11,9 |
| 9 | 15,8 | 15,3 | 14,4 |
| 11 | 18,2 | 17,6 | 16,5 |
Pidek potwierdził te normy i zauważył, że w łagodne zimy rodziny przetrwają na zapasach mniejszych o 15% — ale wtedy wiosną trzeba dokarmiać.
W praktyce idę za prostszą regułą z zaleceń MODR Karniowice: jesienią nie mniej niż 10–12 kg cukru albo inwertu na rodzinę, przy czym 10 kg wystarcza tylko przy „normalnej” zimie. Mowa o suchym cukrze: 3 kg cukru z 2 litrami wody daje 5 kg syropu 3:2, więc dawka na rodzinę to 17–20 kg gotowego syropu, a przy trzech ulach 30–36 kg cukru na pasiekę. Inwert liczę z etykiety producenta.
Zanim zacznę karmić, robię bilans osobno dla każdej rodziny. Pełny plaster wielkopolski mieści około 2,5 kg pokarmu, a norma z Puław przy ośmiu obsiadanych ramkach to 13,2 kg. Dwa zapełnione plastry i pół kolejnego to 6,25 kg, czyli brakuje 6,95 kg — zapisuję 7 kg na kartce przypiętej do ula i tyle musi trafić do plastrów jako gotowy pokarm. Dopiero potem przeliczam to na cukier. Woda z syropu odparowuje, a część cukru pszczoły zużywają na przerobienie go w pokarm, więc z grubsza liczę kilogram suchego cukru na kilogram zapasu w plastrach: na te 7 kg niedoboru idzie 7 kg cukru. Uważam przy tym na spadź. Według Małopolskiego ODR miodu spadziowego nie powinno zostać więcej niż 2–3 kg, bo zimująca na nim rodzina może dostać biegunki na przedwiośniu. Nawłociowy można zostawić bez takich ograniczeń.
Z badań Skubidy wynika, że rodziny zakarmione do 30 sierpnia miały na przedwiośniu mniej nosemy, więcej czerwiu i dawały więcej miodu niż karmione późną jesienią. Małopolski ODR w broszurze z 2013 roku wskazuje 5 września i przestrzega przed „oszczędzaniem” na pokarmie, dopuszczając opóźnienie przy późnych pożytkach. Dawki daję duże — w Karniowicach 3–4 litry co dwa dni, u Skubidy jednorazowo po 5 litrów.
Wilde i współautorzy nie stwierdzili istotnych różnic w liczbie przezimowanych rodzin między cukrem buraczanym, trzcinowym i inwertem — pokarm ma mniejsze znaczenie niż termin. Z tego wychodzi prosta kolejność decyzji: najpierw termin, potem ilość, a wybór cukru czy inwertu na końcu. Rodzina, której brakuje 7 kg, dostanie je w trzech dawkach do końca sierpnia; jeśli zostaje mi tydzień, dokładam inwert, bo jest gotowy i nie muszę go rozpuszczać — pszczoły i tak muszą go pobrać i zasklepić. Proporcje i podkarmiaczki opisałem w poradniku jak podkarmiać pszczoły.
Rabunek rzadko jest winą pszczół. Prawie zawsze wynika z tego, co pszczelarz zostawił na pasieczysku: ramka oparta o ul, kapka syropu na trawie, przegląd ciągnięty pół godziny przy pustym pożytku.
Najgroźniejszy jest ten cichy. Nie ma kłębowiska przed wylotkiem ani walk, obce pszczoły wchodzą spokojnie i wynoszą zapas przez kilka dni. Rodzina dożywa listopada z pustymi plastrami i ginie w styczniu, a wygląda to potem na zwykły głód. Rabunek ma jeszcze jedną konsekwencję: to najkrótsza droga, jaką jesienią rozchodzi się zgnilec amerykański — w 2025 roku szczyt ognisk wypadł właśnie we wrześniu, o czym pisałem przy tegorocznych ogniskach zgnilca.
Dlatego we wrześniu przeglądy skracam do minutowego zajrzenia pod powałkę, karmię wieczorem i nigdy nie zostawiam ścinków wosku poza pracownią. Słabszym rodzinom zwężam wylotek tak, żeby broniła go garstka pszczół — kilka centymetrów wystarczy. Silna rodzina obroni się sama, słaba przy szerokim wylotku nie ma szans i lepiej ją połączyć, niż patrzeć, jak się wykrwawia. Przy okazji zwężania wylotków patrzę, co kręci się przed ulem — czy to wciąż rudy szerszeń europejski, czy ciemny, zawisający przed wylotkiem szerszeń azjatycki, którego w Polsce jeszcze nie stwierdzono.
Mróz rodzinie zwykle nie szkodzi. Szkodzi woda, którą sama produkuje: z każdego kilograma zjedzonego pokarmu powstaje para, a ta musi mieć którędy wyjść. Kiedy trafi na zimny daszek, skrapla się i wraca na plastry. Stąd biorą się spleśniałe ramki, skwaśniała pierzga i fermentujący pokarm, które potem tłumaczy się „ciężką zimą”.
Cała reszta to konsekwencje tego jednego zdania. Folii nad ramkami nie kładę, bo zatrzymuje parę dokładnie tam, gdzie nie powinna zostać. Otwór wentylacyjny w powałce, nad przestrzenią za matą, zostaje u mnie uchylony do wiosny. Że przewiew nie musi oznaczać wychłodzenia, widać w badaniach Skowronka i Skubidy: rodziny z dodatkową wentylacją w dennicy miały wyższą średnią temperaturę kłębu niż rodziny bez niej. Ul stawiam z lekkim pochyleniem do przodu, żeby skropliny spływały do wylotka, a nie na dennicę.
Poduszki powałkowej w sierpniu nie zakładam z innego powodu: zbyt ciepłe gniazdo przedłuża czerwienie, a matka ma przestać czerwić w porę. Ocieplam wtedy, gdy rodzina już nie rośnie, czyli razem z zabezpieczaniem wylotków.
Mysz potrzebuje szczeliny wysokiej na kciuk. Wylotek zwężony do 8 milimetrów przepuszcza pszczoły i zatrzymuje ją, a założony w październiku jest na czas — mysz szuka kwatery, zanim przyjdą przymrozki, nie po nich. Trutek pod ulami nie wykładam: w pasiece zjada je kuna, kot albo ptak, a gryzoń i tak wchodzi do ula z sąsiedztwa.
W pracowni przebieram plastry na trzy kupki: ciemne do przetopienia, jasne do wiosennych gniazd, z pierzgą osobno. Trzymam je luźno, w chłodzie i przewiewie, bo barciak potrzebuje ciepła i ciasnoty — w szczelnie ustawionych korpusach w ogrzewanym pomieszczeniu wyjdzie z nich do wiosny sito. Paski z lekiem wyjmuję, gdy minie czas podany w ulotce; zostawione dłużej uczą roztocza radzić sobie z substancją czynną.
Po ostatnich lotach, przed śniegiem, wstawiam przy wylotkach ukośne szybki. Osłaniają przed wiatrem i zlodowaciałym śniegiem, a przy okazji utrudniają ptakom wydziobywanie martwych pszczół z wylotka.
Zimowy zabieg kwasem ma sens tylko w rodzinie bez czerwiu — roztocza w zasklepionych komórkach są poza zasięgiem. Bawarski instytut LWG w Veitshöchheim umieszcza go w listopadzie lub grudniu i zwraca uwagę, że popularna rada o odczekaniu trzech tygodni od pierwszego przymrozku jest zawodna. Brak czerwiu trzeba sprawdzić w każdej rodzinie. Ta sama strona zaznacza, że kwas szczawiowy metodą polewania wolno w tym zabiegu podać tylko raz — powtórka wymaga innej substancji. Zabieg to nie koniec: okres działania następczego kwasu szczawiowego LWG podaje na 28 dni, a po nim naturalny osyp powinien spaść poniżej 0,5 roztocza na dobę. Dennicę sprawdzam więc jeszcze w zimie.
Metody, dawki i bezpieczeństwo pracy z kwasem — w artykule kwas szczawiowy na warrozę.
Potem zostawiam pasiekę w spokoju. Podlaski ODR przypomina, że niepokojenie rozluźnia kłąb, zwiększa zużycie pokarmu i przeładowuje jelito pszczół. Gałęzie stukające w daszek, dzięcioły i myszy szkodzą bardziej niż mróz. Śniegu nie odgarniam, sprawdzam tylko szybki i czy wiatr nie przewrócił uli. Co dalej, gdy przyjdzie styczeń — w tekście zima w pasiece.
Jeśli chcesz przejść taki sezon z kimś, kto pokaże to przy ulu — zapraszam na kurs pszczelarski online.
Zaraz po ostatnim miodobraniu, zwykle pod koniec lipca albo w sierpniu. Zimować będą pszczoły z drugiej połowy lata, więc warrozę trzeba zwalczyć, zanim się wychowają. Gniazdo układa się w drugiej połowie sierpnia, karmienie kończy do początku września.
Małopolski Ośrodek Doradztwa Rolniczego zaleca nie mniej niż 10–12 kg suchego cukru na rodzinę; 10 kg wystarcza tylko przy normalnej zimie. Z 10–12 kg cukru wychodzi 17–20 kg syropu 3:2. Inwert liczy się w kilogramach gotowego pokarmu, z etykiety producenta. Bilans prowadź w kilogramach zapasu w plastrach i odejmij od potrzeby miód, który zostaje w gnieździe.
Małopolski ODR w broszurze z 2013 roku zaleca 5 września, dopuszczając opóźnienie tam, gdzie trwają późne pożytki. W badaniach Skubidy rodziny zakarmione do 30 sierpnia miały wiosną mniej nosemy i więcej czerwiu niż karmione późną jesienią. Przy przeciąganiu karmienia do zimy idą — jak pisze Ślósarz — pszczoły nieliczne i spracowane.
W ulu Dadanta i warszawskim poszerzonym zwykle na 6–7 ramkach ocieplonych matami, w wielkopolskim na 10 ramkach w jednym korpusie albo dwóch korpusach po 5–6. Gniazdo powinno odpowiadać sile rodziny — zbyt duże jest chłodne i wilgotne.
Tylko w małej ilości. Według Małopolskiego ODR w gnieździe nie powinno zostać więcej niż 2–3 kg spadzi, bo rodzina zimująca na niej może dostać biegunki na przedwiośniu. Miodu nawłociowego to nie dotyczy.
Gdy rodzina nie ma czerwiu, zwykle w listopadzie lub grudniu. Bawarski instytut LWG zaleca sprawdzenie braku czerwiu w każdej rodzinie zamiast liczenia tygodni od przymrozku. Kwas szczawiowy metodą polewania podaje się w tym zabiegu raz, a po 28 dniach działania sprawdza się osyp.
Wylotek zwęża się do 8 mm albo zabezpiecza drutem lub siatką — taka szczelina przepuszcza pszczoły, a zatrzymuje mysz. Zrób to w październiku, zanim gryzonie zaczną szukać kwatery na zimę. Podlaski Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Szepietowie odradza trutki wykładane w pasiece, bo zagrażają ptakom i innym zwierzętom.